Pierwszym szewcem w rodzinie Churchów – są na to dowody na piśmie – był niejaki Stone z Northampton. Niewiele o nim wiemy, można się tylko domyślać, że był dobrym rzemieślnikiem, żył po chrześcijańsku w XVIII w. i robił solidne buty. Na początku miał mały warsztacik, ale umierając, przekazał swoim spadkobiercom już całkiem sensowny biznes.
Wielka historia firmy zacznie się dopiero od Thomasa – potomka Stone’a Churcha. W 1873?r. wyprowadził się z niedużej firmy dziadka, aby wraz z trzema synami – Alfredem, Williamem i Thomasem juniorem – zbudować przy Duke Street w Northampton fabrykę z prawdziwego zdarzenia. Rodowe nazwisko stało się nazwą firmy.
W tym roku firma Church’s, znany na całym świecie producent luksusowego obuwia, obchodzi więc swoje 135. urodziny.
Dzieci szczęścia
Panowie Churchowie nie mogli wybrać lepszego okresu na rozkręcanie interesu. W czasach królowej Wiktorii Wielka Brytania była już potężnym imperium, ?nad którym słońce nigdy nie zachodziło”. Arystokraci i mieszczanie mieli coraz więcej pieniędzy i mnóstwo wolnego czasu. Nudząc się, inwestowali w dzieła sztuki, podróżowali, uprawiali ekskluzywne sporty. I zaczynali cenić luksus. Ich buty nie musiały być tylko solidne, wygodne i nie do zdarcia, powinny być także modne, eleganckie, perfekcyjnie wykonane. A co najważniejsze – mogły być drogie. Kto kupował buty Church’s, komunikował znajomym: proszę, nie muszę oszczędzać, stać mnie na najwyższy standard.
Jeden z pierwszych wzorów wyprodukowanych w nowoczesnej fabryce Church’s nazywał się Adaptable i zdobył złoty medal na Crystal Palace Exhibition w 1884 r. Thomas Church obserwował angielskich dżentelmenów i doskonale wiedział, czego im potrzeba. Fason Adaptable był klasyczny, można nawet rzec – konserwatywny. Ale same buty zaskakiwały ultranowoczesnym wykonaniem, graniczącym w owych czasach z ekstrawagancją.
Po pierwsze, parę stanowiły but prawy i lewy – a wtedy robiono przeważnie obuwie identyczne na obie stopy. Po drugie, wzór produkowano w sześciu rozmiarach, czyli dopasowywano do konkretnej stopy. Po trzecie, kolor i rodzaj skóry zależał wyłącznie od zachcianki klienta.
Zanim Churchowie rozwinęli swój interes, ekskluzywne buty powstawały etapami w kolejnych warsztatach. Jeden szewc specjalizował się w krojeniu skóry, inny w szyciu, jeszcze inny w wykańczaniu. Para obuwia odbywała długą wędrówkę od firmy do firmy, a na końcu trafiała do sklepu.
Thomas Church zmienił tę procedurę, umieszczając wszystkich fachowców pod jednym dachem, we własnej wielkiej fabryce. Kontrolował całą produkcję, od płata surowej skóry do ostatniej sprzączki i jako pierwszy producent wstemplowywał w środku buta i na jego podeszwie swoje logo (przedtem buty stemplowali tylko sprzedawcy). Jako mądry przedsiębiorca nie stronił od nowinek technicznych – maszyny do szycia butów, które potrafiły dokładniej niż człowiek zszywać przyszwę z rantem, pojawiły się w przedsiębiorstwie już na początku lat siedemdziesiątych XIX w., niemal natychmiast po opatentowaniu wynalazku przez Charlesa Goodyeara juniora (syna tego samego Charlesa Goodyeara, który odkrył proces wulkanizacji i którego nazwisko nosi znana firma oponiarska).
Rodzina Churchów miała niezłe wyczucie rynku. Obok butów, które dziś nazwalibyśmy miejskimi, dżentelmeni potrzebowali również wygodnego i solidnego obuwia sportowego. Jeszcze w XIX w. Church’s wyprodukował dla nich model Aqua, reklamowany jako but wodoodporny “for walking, fishing or shooting. Fabryka w Northampton robiła też buty do konnej jazdy, sztylpy i skórzane onuce.
Church’sy – czy to eleganckie, czy sportowe – dość szybko spodobały się za granicą. Angielski dżentelmen był wzorem dla elegantów z kontynentalnej Europy, nawet dla Francuzów. W butach ze stemplem Church’s chodzili także Brytyjczycy w koloniach i pewnie dlatego pierwsza zagraniczna placówka firmy powstała w Południowej Afryce w 1896 r. Już 14 lat później przedstawiciele przedsiębiorstwa działali na rynku północnoamerykańskim, a od lat dwudziestych ubiegłego wieku we Francji i Włoszech. Spadkobiercy Stone’a Churcha, którzy intensywnie pomnażali rodzinny majątek, dość szybko poznali także siłę dobrego PR-u. Wydany w 1887 r. katalog – drogi, ekskluzywny, na czerpanym papierze – był prawdopodobnie pierwszą drukowaną reklamą w branży obuwniczej.
W latach 30. Church’s skorzystał także z rosnącej popularności kina i zlecił nakręcenie krótkiego filmiku reklamowego “The Cobbler’s Song”, który miał promować model Archmoulded. Zachęceni sukcesem szefowie firmy krótko potem wykupili na swoją reklamę całą pierwszą stronę “Daily Mail”. Kosztowało to okrągły tysiąc funtów, sumę na owe czasy ogromną! Obecnie Church’s zostawia okrągły milion rocznie w luksusowych pismach lifestylowych i specjalizujących się w modzie.
Śmiałe inwestycje
Wydawało się, że II wojna światowa przerwie dobrą passę firmy, bo wielu wykwalifikowanych pracowników zostało wcielonych do wojska. Ale i tym razem się udało. Gigantyczne zlecenie z ministerstwa wojny sprawiło, że Church’s stał się ważnym obiektem strategicznym, w którym dzień i noc szyto buty dla żołnierzy British Army, Royal Navy oraz specjalne “flying boots” dla pilotów RAF-u. Na konta firmy wpłynęły wielkie pieniądze, które można było po wojnie albo trzymać w skarpecie, albo zainwestować. W 1957 r. szefowie Church’sa wyłożyli poważną kasę na dwa przedsięwzięcia jednocześnie. Po pierwsze, wybudowano wtedy okazałą fabrykę przy St. James w Northampton, w której do dziś mieści się siedziba firmy. Po drugie, w dziale reklamy zatrudniono Ronalda Searle’a – jednego z najsłynniejszych rysowników owego czasu, karykaturzystę “Puncha”, “Sunday Express” i “News Chronicle”, producenta wielu disneyowskich animacji. Człowieka, którego Groucho Marx i John Lennon uważali za geniusza. Zadaniem Searle’a było narysowanie serii śmiesznych rysunków mających wypromować markę Church’s na rynku amerykańskim.
Wrogowie uznali zgodnie, że pieniądze utopione w – podobno o wiele za dużej – fabryce oraz niebotyczne honorarium Searle’a doprowadzą w końcu Churchów do bankructwa.
Nic podobnego się nie stało. Wielkie przedsiębiorstwo pracowało pełną parą, eksportując swoje nieprzyzwoicie drogie, ekskluzywne buty na cały świat. Posiadanie pary klasycznych oxfordów było dla wielu mężczyzn przepustką do “lepszego” towarzystwa, a logo firmy symbolizowało dobry smak, angielski styl i prestiż. Zagraniczne butiki powstawały więc jak grzyby po deszczu. W 1963 r. otwarto pierwszy sklep w Belgii, rok później kupiono Hartt Boot and Shoe Manufacturers w Kanadzie – spółkę z dziesięcioma własnymi lokalami. Niedługo potem, w 1967 r., Church’s przejął firmę Cheaney, producenta luksusowego obuwia męskiego z Desborough.
Rysunki Searle’a ze śmiesznym człowieczkiem mieszkającym w eleganckim bucie, podpisane “connoisseurs choose Church’s shoes” (znawcy wybierają buty Church’s) były przez lata wzorem dobrej, nienachalnej reklamy, świetnie odbieranej przez zamożnych ludzi z wyższych sfer.
Brytyjska królowa odwiedziła fabrykę raz, w 1965 r. Przed jej wizytą odbyła się przebudowa firmy, wielkie malowanie i sprzątanie. Z przyjazdem Jej Królewskiej Mości wiązano nadzieje na przyznanie tzw. Royal Warrant, certyfikatu oficjalnego dostawcy dworu brytyjskiego. Niestety, nastąpiło rozczarowanie. “Royal warrant from His Royal Highness, the Prince of Wales” (certyfikat jego wysokości księcia Walii) został nadany konkurencji z Northampton, firmie Tricker’s. Ale ponieważ brytyjscy dostojnicy wkładają tricker’sy raczej z okazji ważnych uroczystości, a church’sy na co dzień, firma z St. James jakoś to przeżyła.
Poza tym Church’s zawsze potrafił dotrzeć do ważnych klientów na setki innych sposobów. Chętnie pokazuje się na dużych imprezach sportowych, m.in. wspierając regaty BT Global Challenge, od lat jest też sponsorem miejscowego zespołu rugby – pierwszoligowego Northampton Saints. Church’s to ukochana marka bankierów z londyńskiego City oraz angielskich polityków -?Tony Blair przez lata nosił ten sam model o nazwie Chestwynd.
W butach ze stemplem Church’s chodzili także kolejni agenci 007, szczególnie Pierce Brosnan. Do filmów “Świat to za mało” i “Jutro nie umiera nigdy” wybrano dla aktora model Presley, w “Golden Eye” miał do dyspozycji dwie pary brouge’ów – brązową na dzień i czarną na wieczór, zgodnie z zasadą “no brown after six”. Brouge z “Golden Eye” sprzedano niedawno na aukcji Christie’s w Londynie – za każdą parę trzeba było zapłacić ponad 1 tys. funtów. A były przecież używane.
Złe dobrego początki
Nieprzerwane pasmo sukcesów musiało kiedyś się skończyć. Church’sowi nie zaszkodziła konkurencja, nowinki w modzie ani modernizacja produkcji. Zrobiła to natura. W Wielkanoc 1998 r. Northampton znalazło się pod wodą
- podczas najstraszniejszej powodzi od ponad pół wieku fabryka przy St. James została poważnie zniszczona. W halach produkcyjnych, magazynach, sklepach przelewała się brudna woda. Straty sięgnęły prawie 2 mln funtów, 15 tys. par ekskluzywnego obuwia nadawało się tylko do wyrzucenia. W rok później pojawiła się oferta ze strony Prada Holdings NV. Firma z Northampton przeszła na własność włoskiego koncernu za 106 mln funtów. Szefowie Prady nigdy nie żałowali ani swojej decyzji, ani wydanych pieniędzy. Dziś na czele Church’sa nie stoi, niestety, żaden potomek Thomasa, ale firma prosperuje znakomicie, zatrudnia 700 pracowników i produkuje 300?tys. par butów rocznie, które można kupić w 24 firmowych butikach, 40 koncesjonowanych sklepach, 4 salonach wystawowych (Northampton, Londyn, Mediolan, Nowy Jork) oraz wielu ekskluzywnych outletach na całym świecie.
Do projektowania lokali zatrudniani są uznani architekci – najnowszy sklep, dzieło Roberto Baciocchiego, znajduje się przy eleganckiej Via Vallaresso w Wenecji.
Ponieważ 60 proc. produkcji firmy trafia za granicę do 45 krajów świata, Church’s doczekał się w końcu uznania brytyjskiej monarchini – zdobył prestiżową nagrodę Queens Award w dziedzinie eksportu.
Brytyjski but na polskiej stopie
Inwestowanie w dobre buty nigdy nie było polską specjalnością. Rodzimych dżentelmenów rozpoznawano za granicą po fatalnym, zniszczonym i brudnym obuwiu. Jednak ostatnimi czasy coś chyba drgnęło, w każdym razie uznano, że na nasz rynek można powoli wprowadzić Church’sa. Brytyjskie oxfordy, brouge’y i monki czekają na kupujących w niedużym eleganckim salonie przy placu Trzech Krzyży w Warszawie (tel. 22 745 08 10/11). Przyczyną, dla której przed sklepem na razie nie ustawiają się kolejki, jest prawdopodobnie cena – najtańsze buty kosztują 2-2,5 tys. zł.
Koszt ten należy, zdaniem specjalistów, pomnożyć co najmniej przez dwa. Dobrych butów nie wolno bowiem nosić ciurkiem. Po jednym dniu należy je wywietrzyć i pozostawić, aby porządnie wyschły – co najmniej na dobę. Czyli świadomego konsumenta czeka inwestycja w drugą, a jeszcze lepiej w trzecią parę. Oczywiście inwestycja w tę samą markę, bo podobno, kto raz założył church’sy, nigdy nie spojrzy już na żadne inne. Ręcznie szyte buty są na początku dość twarde, ale szybko dopasowują się do stopy i zapamiętują jej kształt, dlatego nie wolno ich nikomu pożyczać. Do tego dochodzi inwestycja w prawidła (kolejne 300 zł), najlepiej cedrowe. Oraz w najlepsze woski i kremy.
- Pielęgnowanie takich butów powinno być przyjemnością. Należy je pastować powoli, co najmniej przez godzinę, im dłużej, tym lepiej. Jeśli pasta wysycha, należy zwilżyć ściereczkę odrobiną wody lub szampana. Byle prawdziwego, bo church’sy kochają luksus – żartują sprzedawcy (a może mówią poważnie?).
Co się jednak stanie, jeśli pomimo tego, że dbaliśmy o te buty jak o ślubną małżonkę, i tak się zniszczyły? Zawsze możemy wysłać je do macierzystej fabryki w Northampton. Można zrobić to samemu, korzystając z poczty albo usług kurierskich, jednak taniej będzie przyjść do sklepu, zapłacić 110 euro plus koszty przesyłki w jedną stronę i poczekać 5 tygodni. W specjalnej sekcji “remontowej” buty zostaną naprawione, podzelowane na nowo, dostaną też nową wyściółkę, słowem – rozpoczną drugie życie. Fabryka zapewnia najlepsze materiały i reperację na oryginalnych kopytach – wszystko to pod dwoma warunkami. Po pierwsze, buty nie mogą być naprawiane wcześniej przez szewca spoza firmy (sprzedawcy w sklepie powiedzieli mi, że wielu polskich klientów zaraz po kupieniu każe podklejać skórzane podeszwy butów gumą, a taki proceder całkowicie wyklucza możliwość firmowej naprawy). Po drugie, od daty zakupu nie powinno minąć więcej niż 40 lat.
Chociaż – dla stałych klientów Church’s jest gotów pójść i w tym przypadku na ustępstwa. W Anglii znana jest pani Kathleen Dodds, obecnie 90-letnia emerytka, która dostała swoje buty, służąc podczas II wojny światowej w Women’s Land Army. Nosiła je przez całe życie, regularnie naprawiała, a niedawno postanowiła przekazać Museum w Hartlepool, gdzie każdy może je sobie obejrzeć. Wyglądają jak nowe.
- Niektórzy klienci mówią, że lepsze od angielskich church’sów są buty włoskie, które od razu po kupieniu wydają się miękkie jak pantofle – mówi Bartosz Malik, sprzedawca i doradca w sklepie Church’s. – Nie wiem, może te włoskie faktycznie są miękkie. Tylko co z tego, jeśli po sezonie, góra dwóch, tracą fason i nadają się do wyrzucenia? A church’sy można nosić przez lata.
Czy łatwo jest podjąć decyzję o zakupie jednej pary porządnych, klasycznych butów zamiast, powiedzmy, dziesięciu par butów tanich? Innymi słowy, kto kupuje church’sy w Polsce? Dyskrecja jest jedną z wielu zalet sprzedawców w firmowym salonie. Owszem, twarze niektórych klientów goszczą na pierwszych stronach gazet, ale nazwisk nie usłyszymy. Można się tylko dowiedzieć, że przychodzą do sklepu dyplomaci, biznesmeni, wyższa i średnia kadra menedżerska, ludzie showbiznesu, zdecydowanie rzadziej politycy.